| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
1. Adres
2. Księga gości
3. Warszawa - fotoblogi
4. Warszawa w sieci
5. Inne miejscowości
6. Fotoblogi, fotostrony

*** 
Photorama's *** | Toplist

blogi

Photo Blogs - BlogCatalog Blog Directory

Stronę monitoruje stat24

Licznik liczy od 17.07.2007 r.

użytkownicy, wizyty, odsłony


GTWb - akcje

środa, 20 maja 2009

bar Atena

bar Atena - Praga-Południe

Niejeden z nas marzył z pewnością o wycieczce do słonecznej Hellady. Cóż jednak począć, gdy mamy pustki na koncie lub nie mamy czasu na taką eskapadę? To na szczęście nie jest żaden problem, cząstkę Grecji możemy przecież znaleźć w Warszawie.

Widoczny na zdjęciach kawałek Grecji znajduje się przy ul.Terespolskiej na pograniczu Grochowa i Kamionka. Antyczne kolumny, portowy gwar, niewielka plaża nad romantyczną zatoczką, tawerny z pyszną kuchnią, bizantyjskie kościoły, oliwkowe drzewa, wioski ukryte pośród wzgórz... Te wszystkie obrazy przychodzą mi na myśl, ilekroć widzę nasz warszawski kawałek Grecji.

No i sami powiedzcie, czy warto wydawać ciężko zarobione pieniądze na dalekie eskapady, gdy możemy przecież delektować się smakami i zapachami Hellady tu na miejscu?

Miłośnicy greckich klimatów, ulica Terespolska czeka na Was!

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Warszawa Wschodnia

Warszawa Wschodnia - bar

Warszawa Wschodnia - przejście na perony

Dworzec Wschodni w Warszawie piękny jest i już. Piękny jest, albowiem orzekły tak różnorakie autorytety.

Jest zatem Dworzec Wschodni wartościowym dziełem architektury, przypominając swoim kształtem fantastyczną bryłę Wiejskiego Domu Handlowego w Ryjewie (zdjęciem niestety nie dysponuję, więc musicie mi uwierzyć na słowo), a zarazem stanowiąc wzór do naśladowania dla licznych blaszanych kiosków i budek z hot dogami, które rozsiały się po całym mieście, stając się dworcami w miniaturze. Tysiące podróżnych i warszawiaków doceniają urodę budynku, wyrabiając w sobie nieustanne przekonanie, że drugiego takiego dworca nie ma nikt.

Oprócz bryły budynku lubię także samo wnętrze dworca, ową tajemniczą mieszankę wszelakich smaków i zapachów oraz kalejdoskop różnych ludzkich typów i zachowań. Ten niesamowity czar Orientu i kulturowy melanż sprawia, iż Dworzec Wschodni wciąga, nęci i fascynuje. Bywa nawet tak, że część podróżnych rezygnuje z zaplanowanej podróży, aby dłużej pobyć na dworcu, delektować się nim i oddychać tu pełną piersią w niezobowiązującej "offowej" atmosferze.

Czemu zatem niektórzy uparcie powtarzają, że Dworzec Wschodni to syf i nic więcej? Ja tych ludzi kompletnie nie rozumiem...

wtorek, 20 stycznia 2009

Legia Warszawa - stadion przy Łazienkowskiej

Legia - Żyleta

kibice Legii

Dzisiaj postanowiłem nieco cofnąć się w czasie, prawie 5 lat.

Czemu właściwie to robię? Z dwóch powodów. Po pierwsze chcę powspominać dawne klimaty, które kiedyś panowały na stadionie przy Łazienkowskiej, po drugie to właśnie 5 lat temu nieśmiało zaczynałem swoją przygodę z fotografią.

Zacznijmy od fotografii. Zdjęcia zrobiłem 26 marca 2004 r. Byłem wówczas szczęśliwym posiadaczem prostego pstrykadła cyfrowego Sony DSC-P72 (z dzisiejszej perspektywy trudno ten sprzęcik nazwać aparatem) i owo pstrykadełko według pierwotnych założeń miało mi służyć do robienia typowych fotek z urodzinowych imprez, rodzinnych nasiadówek, wycieczek itp. Ale oto nieoczekiwanie (nieoczekiwanie przede wszystkim dla samego siebie!) zacząłem interesować się fotografią jako taką i te trzy fotki to były jedne z pierwszych moich prób. OK, dzisiaj oceniam je jako średnio udane, ale wiedzcie, jak bardzo się wtedy starałem! Dziś pokazuję je nie dlatego, że są w moim odczuciu świetne, lecz dlatego, żeby sobie te moje skromne fotograficzne początki powspominać.

Te trzy zdjęcia zrobiłem podczas derbowego meczu Legii z Polonią. Nasi kopacze roznieśli wtedy lokalnego rywala 7:2, do dziś łezka się w oku kręci... Te zdjęcia pokazują świat, którego na stadionie Legii już nie ma. Widzimy zatem Żyletę, legendarną trybunę, podziwiamy kolorowy tłum, race, flagi, morze szalików... Dziś Żyleta jest już zburzona, aby ustąpić miejsca pod nowy stadion, który powstanie w miejsce starego (czy jest to inwestycja sensowna w kontekście budowy w pobliżu Stadionu Narodowego, to temat na długą dyskusję), a dawna atmosfera na trybunach poszła się wskutek działań towarzyszy z ITI delikatnie mówiąc czesać. Pozostały wspomnienia oraz nadzieja, że ITI kiedyś z Legii zniknie jak koszmarny sen, a wspaniała atmosfera powróci. Cierpliwym trzeba być...

Normalną kibicowską atmosferę na Łazienkowskiej chętnie jeszcze ujrzę, ale do fotografowania Soniakiem DSC P-72 już nie wrócę. Te fotograficzne wspomnienia są fajne, ale tu jednak wolę teraźniejszość. I myślę, że mi się nie dziwicie, taką mam przynajmniej nadzieję :) 

A na koniec już tradycyjnie proszę o wszystkich wsparcie mojego bloga w konkursie na Blog Roku. Warszawa to miasto wyjątkowe i swojego przedstawiciela w kolejnym etapie konkursu mieć po prostu musi. Tu już nie idzie o mojego blogaska, tu idzie o honor i prestiż naszego miasta! Dlatego dajcie z siebie wszystko, a nawet jeszcze więcej. I o komórce babci też pamiętajcie, z niej również da się głosować :)

Przy okazji z całego serca dziękuję tym, którzy już na tego bloga zagłosowali. A cała reszta do boju, czas zewrzeć szeregi! Poniżej macie ściągawkę:

SMS o treści F00227 na numer 7144

(to po "F" to ZERO ZERO a nie dwie litery "O")

To jak towarzysze, pomożecie?

sobota, 20 grudnia 2008

To nie tak miało być, ale tak wyszło. Dałem plamę. Uczciwą świetlistą plamę.

To jest jedna z tych sytuacji, gdy chce się zrobić fajne zdjęcie i nie wychodzi. To jest jedna z tych sytuacji, gdy chce się napisać fajny tekst, ale literki nie chcą układać się w słowa, a te w zdania. I tak zostaję z tą świetlistą plamą, cóż począć? A więc delektujcie się plamą na rogu Świętokrzyskiej i Jasnej!

Od razu tylko poinformuję nie-warszawiaków, że gmach po prawej stronie to Poczta Główna. Czynna całodobowo, 7 dni w tygodniu - dzięki temu już niejednego uratowała z opresji. Jeśli spóźniliście się z wysyłaniem świątecznych kartek, to polecam. Poczta Główna Was uratuje.

Kończę notkę, idę się napić. Jutrzejsza notka będzie lepsza, dam z siebie wszystko. Zobaczycie! :)

A teraz podziwiajcie plamę...

czwartek, 20 listopada 2008

praska kamienica

praski kot

Ten kot, którego teraz widzicie, mieszka sobie na Pradze przy ulicy 11.Listopada, w pobliżu starych koszar. Na pierwszym zdjęciu widać wejście do jego kociego domu oraz kocią stołówkę.

Muszę powiedzieć, że źle ten kot nie ma. Ilekroć tamtędy przechodzę, miseczki są zawsze pełne, a i sam kot do chudziutkich nie należy. Żeby wszystkie koty tak miały!

Niestety nie zawsze jest tak różowo, nie do wszystkich kotów los się uśmiechnął. Dlatego, jeśli gdzieś spotkamy starszą panią, która zbiera datki na zwierzaki (ostatnio spotykam takie panie w centrum handlowym Blue City), nie mijajmy jej obojętnie, wrzućmy jej do puszki choćby parę złotych. Przecież od tego nie zbiedniejemy.

Ty też możesz pomóc, naprawdę.

poniedziałek, 20 października 2008

Park Świętokrzyski

Swojego czasu w Parku Świętokrzyskim spotkał mnie jesienny deszcz.

Wiem, trochę niesztampowy jest ten deszcz, bo skoro jest jesienny, to liście powinny być żółte, brązowe, względnie czerwone jak sowiecka flaga. Ale są zielone, bo to była jesień wczesna - już wiało, już padało i było zimno, już trzeba było wyjąć z szafy płaszcz i tylko liście wciąż dzielnie trzymały swój zielony kolor. Do czasu.

Jak już wspomniałem, zdjecie zrobiłem w Parku Świętokrzyskim. Ten park, sam w sobie raczej niewielki, jest o tyle ciekawy, że w odróżnieniu od innych położonych w centrum Warszawy parków powstał już po wojnie - w miejscu, gdzie niegdyś była normalna miejska zabudowa. Tej zabudowy już nie ma, nie mogła przecież konkurować z dopiero co zbudowanym Pałacem Kultury. I tak przestrzeń między Pałacem a ulicą Świętokrzyską wypełnił park.

Sam nie wiem, co o tym parku sądzić. Nigdy za nim specjalnie nie przepadałem i na pewno jest mi żal, że ulica Świętokrzyska nie jest już na tym odcinku normalną wielkomiejską ulicą, z zabudową po obu stronach. Z drugiej strony, jak czytam wypowiedzi warszawiaków, to wychodzi na to, że znaczna ich większość pragnie zachowania tego parku. A ich zdania ignorować nie można - w końcu miasto jest dla ludzi, a nie ludzie dla miasta. Nawet pani prezydent Gronkiewicz-Waltz, która początkowo postulowała zabudowę Parku Świętokrzyskiego lub przynajmniej jego części, musiała się z tych pomysłów szybko wycofać - zamachu na park wyborcy mogliby jej nie darować.

Zresztą nie oszukujmy się, dzisiaj nikt nie odtworzyłby tam dawnej pierzei ulicy Świętokrzyskiej, raczej nastawianoby tam szklanych lub betonowych kloców bez ładu i składu, aby wycisnąć z tego miejsca jak najwięcej grosza. Jeśli tak miałoby to wyglądać, a wiele na to wskazuje, to ja po stokroć wolę ten park.

Wiecie co, a może ja ten park już polubiłem? Jak jeszcze polubię Pałac Kultury, to pora umierać :)

sobota, 20 września 2008

13N - zabytkowy tramwaj

Nad zabytkowymi warszawskimi tramwajami gromadzą się ciemne chmury. Wreszcie! Władze Warszawy właśnie organizują przetarg na dostawę nowych niskopodogowych tramwajów w dużej ilości - pozwoli to już wkrótce wycofać z ruchu jeżdżące po Warszawie zabytki techniki. Zabytki, które pasują do nowoczesnego miasta tak jak korba rozruchowa do nowoczesnego samochodu.

Cóż to w ogóle za zabytki? Chodzi o model 13N, którego pierwszy egzemplarz powstał w... 1959 roku! Tak, to nie pomyłka. Powtarzam, w 1959 roku. Po Warszawie tramwaje te zaczęły jeździć w 1962 roku, czyli są z nami już 46 lat. Jeździły za tow.Gomułki, tow.Gierka, tow.Jaruzelskiego, przeżyły wszystkich Mazowieckich, Balcerowiczów, Millerów i Olszewskich, jeżdżą do dziś. W Warszawie zmienia się praktycznie wszystko, tylko te zabytkowe tramwaje nijak nie chcą zniknąć z naszych ulic, wciąż od lat turlają się po warszawskich szynach, wydając rozpaczliwe jęki. Tak, ciche to one ne są. Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć czegoś więcej na temat tych kultowych już pojazdów, polecam tę stronę:

http://tramwar.republika.pl/tw13n.html

Pewnie każdy z nas ma jakieś wspomnienia związane z tymi tramwajami. Może ktoś spotkał tam miłość swojego życia? Może ktoś dojechał tym tramwajem gdzieś na odległą pętlę, aby na pobliskich działkach oddać się miłosnym uniesieniom? A może była to prozaiczna podróż na rozmowę kwalifikacyjną, dzięki której otrzymaliśmy wymarzoną pracę? Możliwości jest wiele. Ale odłóżmy na bok sentymenty, model 13N to nie jest tramwaj zwany pożądaniem. To jest pojazd, którego miejsce jest w muzeum techniki.

Pozostaje wyrazić nadzieję, że przetarg na nowe tramwaje zostanie przeprowadzony sprawnie i że szybko zastąpią one stare wysłużone mastodonty dawnej myśli technicznej.

Żegnajcie, zabytkowe tramwaje!

Miejsce: Aleja Jana Pawła II, przystanek koło Hali Mirowskiej.

środa, 20 sierpnia 2008

warszawski lud

Fotoamatorzy to ogólnie dziwne indywidua. Wiem to zresztą po sobie - w dzieciństwie dosyć boleśnie upadłem na głowę i czasem to widać. Fotoamator potrafi z obłędnym wzrokiem polować na nowe ujęcia i wtedy nic innego dla niego nie istnieje. Ludzie niech się śmieją, niech się gapią jak na owego człowieka z liściem na głowie z pewnej znanej piosenki, jego to nie wzrusza. On musi zrobić zdjęcie. A potem najczęściej chce pokazać je światu - czasem katuje swoimi fotkami najbliższą rodzinę (co i tak jest lepsze, niż dręczenie gości trzygodzinnym nudnym rodzinnym filmem video), a czasem woli katować internautów. To ostatnie uwielbiam na przykład ja :)

Co wiemy o fotoamatorach? W zasadzie nic. Łączy ich pasja, wszystko inne może dzielić. Weźmy np. tego starszego pana ze zdjęcia, ktory tak dziarsko kroczy z aparatem. Kim on jest? Być może jest miłym i sympatycznym dziadkiem opowiadającym wnukom bajeczki na dobranoc. A równie dobrze może być internetowym trollem, sieciowym donosicielem, posiadaczem 10 nicków i piszącym co innego pod każdym z nich lub przeżywającym drugą młodość lowelasem podrywającym znacznie młodsze kobiety. Albo wszystkim tym naraz, reguły nie ma. Ale napewno jest fotoamatorem, robi zdjęcia i gdzieś tam je potem pokazuje.

I to jest fajne - wszystko może fotoamatorów dzielić, ale zamiłowanie do zdjęć jednak łączy. I zawsze można gdzieś tam się spotkać i wspólnie robić zdjęcia, wyszukiwać kolejne ujęcia, wypatrywać i polować, kroczyć dziarsko jak ów człowiek z liściem na głowie. A inni niech się gapią...

PS. Zdjęcie zrobiłem 15 sierpnia w Al.Ujazdowskich podczas defilady Wojska Polskiego.

niedziela, 20 lipca 2008

Warszawa - Krakowskie Pzedmieście

Najpierw będzie o zdjęciu. Niestety zupełnie mi nie wyszło i jedynie obróbka w prymitywnym programie graficznym (innych nie posiadam, bo na obróbce się nie znam i zupełnie mnie te zagadnienia nie interesują, choć może powinny) sprawiła, że coś niecoś udało się z tej fotki wykrzesać. Zdjęcie wygląda jak kolorowa bluzka po pięciokrotnym praniu w silnie żrących detergentach, ale mówi się trudno, bo pasuje mi do koncepcji notki.

Ten wstęp tak czy siak jest konieczny, bo trochę jednak od siebie wymagam. Owszem, to zdjęcie może zadowoliłoby autorów licznych fotoblogów polecanych na głównej stronie portalu Gazeta.pl , ale mnie jakoś zadowolić nie chce. Nijak nie mogę doznać fotograficznego orgazmu, patrząc na nie. A więc ten punkt programu sobie odpuszczę. Przejdźmy do sedna, tudzież "do adremu", jak niektórzy mawiają.

Kółka dwa... Czy jest ktoś (może oprócz zatwardziałych fanatyków motoryzacji), kto nie lubi jeździć na rowerze? Rower pozwala odpocząć od trudów codziennego dnia, zapomnieć o wiecznie niezadowolonym szefie, wrednej teściowej i o nużących połajankach między Lechem Kaczyńskim i Radkiem Sikorskim. Pozwala odkryć miejsca, których w żaden inny sposób byśmy nie odkryli, bo samochodem nie wszędzie wjedziemy, a na piechotę to jednak trochę wolno. A co najważniejsze, pozwala zapomnieć o ulicznych korkach, gdyż jest korkoodporny.

W tym miejscu pozostaje wyrazić nadzieję, że władze Warszawy, zamiast planować kolejne drogi ekspresowe (które i tak błyskawicznie się zakorkują, w wielu miastach świata już to przerabiano), dostrzegą zalety roweru i zatroszczą się o infrastrukturę rowerową na europejskim poziomie. Bo chociaż nie jestem fanem Europy Zachodniej, to jednak uważam, że na tamtejszej polityce rowerowej warto się wzorować. Nie musimy z zachodu czerpać wszystkiego, ale to, co dobre, czeprać warto.

A na razie, dzięki eliminacji ruchu samochodowego, piesi i rowerzyści mogą bez większych obaw śmigać sobie po widocznym na zdjęciu Krakowskim Przedmieściu. Do takich eleganckich ulic samochód pasuje jak but do butonierki, dlatego cieszy fakt, że obecnie rządzą tam nie cztery kółka, lecz dwa.

A czy wy lubicie śmigać na rowerze? :)

piątek, 20 czerwca 2008

Chomiczówka, dzielnica Bielany

Gdybym miał samodzielnie zrobić pocztówkę z Warszawy, znalazłby się na niej taki mniej więcej obrazek.

Z czego to wynika? Ze wspomnień z dzeciństwa. Gdy byłem mały, tak właśnie wyglądało całe moje otoczenie, mój świat. A reszta Warszawy? Jako mały chłopiec wiedziałem, że gdzieś istnieje Stare Miasto i Pałac Kultury, ale to był świat odległy, daleki. Raz na jakiś czas jechałem z rodzicami na Starówkę, czasem podziwiałem Pałac Kultury z bliska (a raz nawet widziałem Warszawę z 30.piętra Pałacu), nawet o Łazienki i ZOO udało się czasem zahaczyć, ale to była rzadkość, coś ekstra, jak wycieczka do odległej krainy. Tak samo egzotycznymi wycieczkami były wyprawy z ojcem do domów towarowych, gdzie ojciec próbował upolować jakiś towar, a ja byłem niejako na doczepkę, bo nie  było co ze mną zrobić. Ale nie powiem, podobało mi się. Zwłaszcza wyprawy do PDT-u na Pradze, kiedy to przejeżdżaliśmy przez Wisłę. Przejażdżka mostem przez Wisłę to było wtedy coś! O Starym Mieście i centrum Warszawy uczyłem się przede wszystkim w szkolnych podręcznikach, oglądając jakieś odpicowane obrazki i czytając nadęte wierszyki, jaka to piękna i wspaniała jest Warszawa. A moją codziennością były takie właśnie bloki i pawilony.

Znałem jeszcze warszawskie dworce kolejowe i autobusowe. To właśnie stamtąd jeździło się do rodziny, dopóki ojciec za ciężki grosz i przy wsparciu finansowym dziadka nie kupił używanego Malucha. O nowoczesnych samochodach z klimatyzacją i innymi bajerami nikomu jeszcze się wtedy nie śniło - chyba, że ktoś miał "dojścia", takich też nie brakowało. Tak , dworce znałem nieźle, zwłaszcza PKS na Zachodnim, stamtąd odjeżdżały PKS-y aż do samego Grójca i stamtąd właśnie jeździło się do dziadka po żarcie - mięso, owoce, pomidory... Ale to było na weekend. Na codzień były bloki, pełno bloków dookoła.

Nawet podobały mi się wtedy te bloki. Po prostu nie wiedziałem, że miasto może wyglądać inaczej. To był krajobraz naturalny, oczywisty, oswojony. Coś mi z tamtych lat zostało, bo choć czasem krytykuję blokowiska, przynajmniej niektóre, to łapię się na tym, że czuję się tam po prostu dobrze. Może z wyjątkiem pewnego paskudnego blokowiska na Bemowie, ale przecież nie ma reguły bez wyjątków.

Dlatego właśnie gdybym miał zrobić pocztówkę przedstawiającą Warszawę, bloki musiałyby się na niej pojawić, koniecznie i bezapelacyjnie. Bo tak właśnie przez lata wyglądała moja własna Warszawa...

Miejsce: Chomiczówka, ul.Conrada.

wtorek, 20 maja 2008

Śmierć na Grochowie

Dzisiaj nie będzie radośnie, dzisiaj będzie o śmierci. Nie będzie to jednak wywód o moralno-etycznych aspektach eutanazji, nie będzie to także poradnik, jak skutecznie i w miarę bezpoleśnie popełnić samobójstwo. W ogóle nie będzie o ludziach, o zwierzętach też zresztą nie. Będzie o domach i ich wnętrzu. Chociaż nie, o ludziach też trochę będzie.

Tak się jakoś składa, że zanim coś umrze, musi się wpierw narodzić. Dotyczy to także domów i mebli. O śmierci tychże mówi się mało, co najwyżej paru zapaleńców woła, że umiera jakiś zabytek, ale w dzisiejszym zabieganym świecie mało kto chce ich słuchać. Dziś liczą się narodziny.

Narodziny domu... Weźmy pierwszą lepszą gazetę. Z miejsca jesteśmy bombardowani kolorowymi obrazkami przedstawiającymi sielski świat kolejnego nowego osiedla o wyszukanej nazwie. Jakaś kolejna Marina czy inna Konstancja - odpicowane domy, starannie przystrzyżony trawnik, uśmiechnięci młodzi ludzie z dziećmi, w tle lśniące samochody. Nie zobaczymy na tym obrazku przygarbionej starszej pani, choćby nawet była nobliwą i zamożną emerytką, a nie steraną przez życie schorowaną babcią dźwigającą ciężkie siatki z zakupami. Ona tu nie pasuje, dziś starość spycha się na margines, dziś obowiązuje kult młodości - w mediach, w polityce, w reklamie. Siła przez radość. Kraft durch Freude.

Oprócz mediów tradycyjnych mamy też internet. Spójrzmy:

Osiedle Konstancja jest położone w Konstancinie, obok Szkoły Amerykańskiej. Ten najlepiej strzeżony w Warszawie kompleks oferuje segmenty i domy wolno stojące w nowoczesnym stylu. Bardzo popularny pośród dyplomatów! Typowy segment ma około 300 m2, 4 sypialnie i 3 łazienki. Kort tenisowy i plac zabaw do dyspozycji mieszkańców. Kompleks znajduje się bardzo blisko nowego centrum handlowego i szkoły jazdy konnej.

Kompleks najlepiej strzeżony w Warszawie - super! Ciekawe, czy mają tam zaledwie płot pod wysokim napięciem, czy także gniazda karabinów maszynowych. W każdym razie szacunek - dużo jest strzeżonych osiedli, ale to jest strzeżone najlepiej. I jeszcze ta bliskość szkoły amerykańskiej. Ach! W ogóle przy opisie wielu nowych osiedli podkreśla się bliskość szkół międzynarodowych. Mnie wykształciła jedynie szkoła polska, w związku z czym zaraz upiję się z rozpaczy. Na szczęście mam w kuchni flaszkę, została po jakiejś imprezie.

Tak, o narodzinach domów pisze się często i chętnie. Tak samo jest z ich wyposażeniem. Piękne i lśniące meble uśmiechają się do nas z licznych billboardów, niczym szarańcza rozpełzających się po całej Warszawie. Uśmiechają się także w gazetach lub czasopismach, ewentualnie w reklamowych folderach, którymi ktoś postanowił zaśmiecić naszą skrzynkę na listy.

Z narodzin lubimy się cieszyć. Cieszymy się z nowego mieszkania, nowych mebli, nowego samochodu, aparatu, telewizora... Oj, ja sam uwielbiam się cieszyć w takich chwilach, czasem cieszę się jak dziecko jakimś nowym przedmiotem, sprzętem, gadżetem. Taka już jest nasza ludzka natura.

To, co się narodziło, musi jednak kiedyś umrzeć. Na naszych oczach domy nie tylko się rodzą, ale także umierają. Staramy się o tym nie myśleć, wyprać ten fakt z naszej pamięci, nie zwracać uwagi. Ileż takich umierających domów mijamy obojętnie, może czasem jakimś cudem zwrócimy na nie uwagę, by pełnym oburzenia głosem zawołać "Co to za syf i burdel! Już dawno powinni zburzyć te budy!". Nie, nie będę się tu mądrzył i wywyższał, ja też często tak wołam. Zbyt często, zbyt bezmyślnie i bezrefleksyjnie.

A tymczasem w tych umierających domach często gnieżdżą się ludzie. I to niekoniecznie pijacy i degeneraci. Często są to ludzie, którzy uczciwie pracowali całe życie, by na starość dostać od państwa nędzne grosze, a od swoich bliskich jedynie wzruszenie ramion. Albo te porzucone meble, kiedyś brylujące w jakichś reklamach, a dziś dogorywające na śmietniku... Są ludzie, którzy zbierają te meble, zbierają stare ubrania i inne przedmioty, aby choć trochę polepszyć swoją egzystencję. Taki już jest nasz świat :(

Do czego zmierzam? Nie, nie namawiam do rezygnacji z radości, ze świętowania owych symbolicznych narodzin. Cieszmy się na potęgę. Ale oprócz celebrowania naszej radości warto jednak czasem trochę zwolnić, zadumać się, zwrócić swoją uwagę także na to, co umiera. Dostrzeżmy zatem w umierających domach coś więcej, niż tylko straszące budy i rudery, okrutnie drażniące nasze estetyczne zmysły. Pomyślmy o ludziach, którzy te domy budowali, którzy tam mieszkali i o tych, którzy mieszają tam dzisiaj. Pomyślmy też o tych, którym potrzebne będzie stare krzesło, zagracające nasze wypasione mieszkanie.

Spójrzmy także nieco bardziej krytycznie na kult młodości, którym bezustannie jesteśmy karmieni. Bo świat, ten prawdziwy świat, to nie tylko młodość, reklamy i kolorowe foldery. Tak więc dostrzeżmy w starszej pani z sąsiedztwa, noszącej na głowie charakterystyczny beret, kogoś więcej niż nawiedzoną babcię, której koniecznie trzeba zabrać dowód, bo jeszcze nie daj Boże pójdzie na wybory i zagłosuje inaczej, niż życzą sobie tego media i niektórzy z nas. Dostrzeżmy też człowieka w tym starszym panu, którego mijamy obojętnie, gdy spod sterty śmieci wygrzebuje porzucone przez kogoś rozklekotane krzesło. I nie śmiejmy się z Kaczora (choćbyśmy go całym sercem nienawidzili), który stojąc przed takimi właśnie ludźmi powiedział "Tu jest Polska". Bo przecież Polska to także i oni. Tylko kto miał im to powiedzieć? Dealer Mercedesa czy przedstawiciel dewelopera wznoszącego Mariny czy inne Konstancje? Nie, oni tego nie powiedzą, musiał to zrobić ktoś inny. Musiał, bo tym ludziom to się po prostu należy.

PS. Widoczny na zdjęciu dom umiera na Grochowie przy ul.Kickiego, zaraz koło akademików.

niedziela, 20 kwietnia 2008

praga

Podobno na ulicy Targowej latają tynki, podobno czasem zdarza się nalot i można wtedy przeżyć prawdziwe bombardowanie...

Nie wiem, ile w tym prawdy, ale informacja zamieszczona na ścianie jednego z budynków elektryzuje przechodniów, nie pozwalając im przejść obojętnie.

A zatem strzeżcie się tynkowych nalotów! :)

 
1 , 2